Odyseja dzikowa 173km

Kategorie BIEGANIE,BLOG,MOTYWACJA,ULTRA7 Komentarzy

 

Będzie długo, czasami nudno, będzie się niemiłosiernie ciągło i będzie bolało …. poniższa relacyja z premedytacją jest „spaghetti westernem” polskiego ultra – chciałbym abyście choć w przybliżeniu dotknęli tego co czujesz gdy przed sobą masz perspektywę ponad stu kilometrów do przebycia i kilku tysięcy metrów do wspięcia się w górę … gdzie czasoprzestrzeń zagina się niczym w pijackim śnie a niecały kilometr do punktu wydaje się kilkutygodniową drogą do Mordoru  … gdzie fizyczność przestaje mieć znaczenie a kroki stawiasz jedynie siłą umysłu …. gdzie gorąca kawa ratuje życie a kompana u boku rozumiesz bez zbędnych słów – zapraszam w podróż po Ultra Trail Małopolska 173km razem z dzikami z RUNHOGS TychyUltraDzikusem Azteqiem i Bastkiem opisane oczyma tego pierwszego! To co poniżej jest moim subiektywnym obrazem – to są moje przeżycia i odczucia zapewne różne od innych uczestników a może i zarazem podobne – nie starajcie się ogarnąć całości na raz – podzielcie sobie to ma małe kawałeczki – tak jak ja ten dystans szatkowałem sobie  w głowie …… niech podróż się zacznie!


Profil do góry nogami jakby mniej straszny – jedziemy z tematem!!! 😉

 

1. WPROWADZENIE

Bastek – w co myśmy się wpakowali ???
Te słowa Bastek słyszy coraz częściej na naszych górskich wybieganiach. Zajebistość pomysłu startu w tym ultra spada wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. Ale nie ma bata – jak już dziczyzna znalazła się  na listach UTM170 to trzeba ryć po górach treningowe przebieżki. Tak więc raz – dwa razy na tydzień pobudka ok. 4 rano i jazda w góry na naszą ulubiona pętelkę zahaczającą o Szyndzielnię, Klimczok a czasem o Błatnią. Przy 3-dniówce zleconej przez trenejro z 42k zaliczamy też górę Żar i górki Międzybrodzkie … tutaj naprawdę mocno przepracowaliśmy 5 miesięcy przed startem. Co śmieszne pot wylany w górach zaowocował życiówkami w startach na 10km i półmaratonie – bomba wybuchła na Półmaratonie Żywieckim, który do życiówkowych nie należy ze względu na „górki” – a tu oboje poprawiamy życiówki o parę minut – WHAT THE DZIK  ja się pytam???
3 styczeń 2019 – ruszają zapisy na UTM – ja po chwili oznajmiam Bastkowi, żem już zapisany i opłacony z numerem 1 na tym dystansie czyli 51 😉
Jego odpowiedź:
Jesteś Ty k…wa normalny? 173 km ? Dwie noce? Nie mamy dla kogo żyć?
Jestem pewny, że on podniesie tą rękawicę  – ja byłem zdecydowany, decyzje były podjęte już dawno, papiery podpisane, wsparcie najbliższych zapewnione (moja żona dalej zwana „Kotkiem” powiadała – ja wiedziałam, że to i tak zrobisz). Rok wcześniej na tej trasie zrobiliśmy wspólnie z Bastkiem 107km – to była ciężka przeprawa o której pewnie jeszcze napiszę – wtedy nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy wejść w drugą noc podczas jednych zawodów – byliśmy zdemolowani fizycznie i psychicznie. Po wszystkim jednak u mnie kolejna klapka „nie da się” legła w gruzach i byłem gotowy na sprawdzenie swoich sił na tym dystansie. Na początku marzyłem , że kiedyś zrobię maraton – później, że kiedyś na starość przebiegnę 100km po górach – następnie ,że może stumilak. I tak oto jestem tutaj – w lesie, na górskim szlaku w ciemną noc w środku jakiegoś pieprznego ultra stumilakowego plus !!! 😉

2. JUŻ TUŻ TUŻ

Piątek, piąteczek, piątunio – 31 maja – długo wyczekiwany dzień – ostatni tydzień to zero skupienia się na robocie tylko ciągłe rozkminki – ale jak, ale po co, a może Szczebla już tam nie ma …. Pakowanie w moim wydaniu to jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę – co gdzie wcisnąć, co upchać – lista rzeczy obowiązkowych dość obszerna a plecaczek jak dla przedszkolaka. Tysiące małych decyzji ultrasa, które mogą na tej trasie uratować dzikowi zadek – ile żeli, co na przepaki, w których butach startować, czy brać whiskey z colą czy może bez coli 😉 ….. podjeżdża Bastek swoim pomarańczowym postrachem szos, ja podnoszę plecak a tam plama wody – bukłak przecieka 😉  Szybka akcja w pobliskim Himalu (dzięki chłopaki, za szybkie zakupy) i jazda – kierunek Beskid Wyspowy !!!


Znajdź Heńka, który zawsze pomaga mi się spakować !

Gdy pierwszy raz tam wjeżdżasz pytasz sam siebie – gdzie te góry, gdzie te przewyższenia ??? Tam górka, gdzie indziej górka a tak to płasko …. myśli człek przyzwyczajony do swoich pobliskich Beskidów Śląskich …
Parkujemy i lecimy po pakiety do szkoły podstawowej w Kasince Małej – kontrola tracka wgranego na zegarek lub telefon (oj uratował on nam sierść wiele razy) i już jesteśmy posiadaczami ultraskich pakietów. Oddajemy też trochę rzeczy na zbiórkę dla Monaru (a przekazanych przez nasze stadko RUNHOGS). Do startu trochę czasu więc ubiegłorocznym zwyczajem lądujemy z Bastkiem na nawodnieniu chmielem – a jak wiadomo nawodnienie to czynnik kluczowy w bieganiu!!! Jest pięknie i bez biegania więc po co nam to??? Powoli rodzą się demony – czy dzik dadzą radę, czy nie splamią honoru stada i nie popłaczą się na pierwszej górce niczym dzieci wysłane do kąta … Bastek mówi – ..po jaką cholerę mówiliśmy o tym tylu osobom ???


Nawodnienie ważna sprawa – po szklanie i na rusztowanie ….. a nie! .. na szlak !!!!

Szybkie ubieranko, kontrola wyposażenia, ostatnie męskie decyzje co gdzie wcisnąć …. no i w moim przypadku smarowanie niezastąpionym sudokremem newralgicznych punktów dzikiego ciała 😉 Wrzutka worków na przepaki i wycieczka pod górę ok. 2km do Bazy Lubogoszcz, gdzie startujemy. Na miejsce docieramy spoceni jak kierowca wakacyjnego PKS-u – tam ostatni odpoczynek na ławkach, kontrola obowiązkowego wyposażenia, kitranie GPS-a w plecaku i już stoimy w grupce szaleńców z rozbieganymi oczkami – 84 zawodników na 107km i 34 straceńców na 173km …. no bo jeszcze samobójcy na 240km już biegną od 7 rano !!!


Bastek uśmiechaj się – niech myślą, że nam się to podoba …

Czuję się spokojny … nawet za bardzo – nie ma euforii, nie ma przerażenia – mam to wstępnie poukładane w głowie – czekam na przygodę życia, nie mogę się doczekać momentu kiedy przekroczę coś co zwie się normalnością, kiedy  strefa komfortu będzie tylko wyblakłym wspomnieniem a ja poczuję, że żyję!!! Wspólna fotka i ruszamy …………


Zatrważające nasycenie świrów na metr kwadratowy Bazy Lubogoszcz (fota UltraZajonc )

 

3. NIENAJLEPSZE ZŁEGO POCZĄTKI

„Bastek, jedziemy z tym ultra !!!” krzyczę tuż po finałowym odliczaniu – jestem miękka pipa więc mam łzy w oczach – właśnie zaczynam realizować jedno ze swoich największych biegowych marzeń – tyle pracy, tyle potu, tyle niewiadomych a jestem TUTAJ – na starcie UTM170!!! Praktykuję „życie tu i teraz” i to był właśnie taki moment – nie myślę o dystansie przede mną, o problemach, które za mną – upajam się chwilą gdy marzenie staje się rzeczywistością ……


Języczek jest więc zbiegać można … (foto Ital Car Team)

No dobra bo popłynąłem – czas wracać na szlak bo jak łeb  w chmurach to nogi w gipsie – początek trasy mamy obcykany przez ubiegłoroczny UTM105 i zimowy WTM64 – ciśniemy gęsiego pod górkę Lubogoszcz – na razie luźno i wesoło, choć harpagany na setkę dość mocno cisną. Mimo tego i wbrew naszej taktyce mijamy kolejnych wspinaczy … na zbiegu zwalniam, podłoże w tamtych terenach to taki „stoneshake” – mix luźnych kamoli i błota. Nie chciałbym zrobić sobie kuku już na „przedpokoju” UTM. Bastek zwinny jak kozica ma szybkie zbiegi więc czasami musi na mnie czekać. Po pokonaniu 2 szczytów i 10 kilometrowej rozgrzewce zbiegamy do Kasinki Wielkiej.


Znajdź 10 różnic 😉 … pętla czasu … i nic tu nie było ustawiane ( foto 1 Robert Zabel, fota 2 UltraZajonc )

Pogoda na razie idealna – świeci słonko ale otula nas przyjemny chłód – ja lecę w sierści na krótko, Bastek w rashguardzie pod tiszirtem. W porównaniu z tym co pokazywały prognozy jeszcze kilka dni wcześniej to jest bajka – po deszczowym maju miało cały łikend mocno lać – mieliśmy wcześniej doświadczenie z biegiem na 80km (Chudy Wawrzyniec) w deszczu i poprzez pięć burz z piorunami i nie mieliśmy najmniejszej ochoty tego powtarzać. Jedyne co zostało to kałuże, błoto i mokradła na szlaku – na razie nie jest źle – gorsze ma dopiero nadejść.

Moje samopoczucie na starcie jest delikatnie mówiąc ambwiwalentne – o ile na treningach górskich biegało się wyśmienicie tutaj czuję duży dyskomfort już od początku – tak jakby wszystkie moje ukryte strachy wyszły się ze mną przywitać.
– oddech alergika i astmatyka to nie jest to co biegacze lubią najbardziej – mimo iście niebiegowych dolegliwości poprzez ćwiczenia umiałem nad tym zapanować – tym razem dycha mi się cholernie ciężko i na pół gwizdka …. męczę się na płaskim a pod górkę zatyka mnie jak po ciepłej wódce zapitej gorącą parzuchą..
– forma – nogi ledwo zapodają jakieś ciężkie takie, lędźwie zaczynają naparzać i łupie w kręgosłupie – ja wiem, że w pewnym wieku jak nic nie boli to człowiek nie żyje ale czemu to tak wcześnie się pytam …
– bęben – tu odzywają się demony – już od 5km łapie mnie ostry nawracający ból brzucha – rok wcześniej na UTM105 po 20km miałem taki atak, że chciałem schodzić na punkcie 30km – byłem odwodniony i słaby jak po 2-dniowej jelitówie (ale o tym przy relacji z setki) – teraz niczym kowboj na potańcówce biegnę trzymając cały czas kciuka w gumkach majtek aby nie uciskały brzucha – cały czas zapijam się wygazowaną colą  .. boję się, że ta przygoda się dla mnie skończy zanim się w ogóle spocę!!!


Muuuuuuuuuuuuuuusisz napierać dziku!!! (foto Adventure Globe)

Bastek na razie w aż za dobrej formie – ciśnie strasznie szybko – co chwile łapie się szybszych zawodników (m.in. duży kawał za pierwszą kobietką naszego dystansu Joanną Marchewką) i naparza jak ten dzik w parawany – mijający nasz setkowicz kwituje tylko „Panowie na 170 i takie tempo – niemożliwe” – ja odstaję więc co jakiś czas na mnie czeka – sugeruję mu, że ciut za bardzo kozaczy jednak zbywa to, że przecież fajnie się leci 😉 … ja tylko potakuję nie przyznając się do swoich problemów. Trochę nadrabiam ale też nic na siłę – ja wiem, że góry się jeszcze upomną o swoje ….

Docieramy do Gościńca Pod Lubomirem na 21km gdzie jest pierwszy punkt żywieniowy – w ukryciu przed swoim kompanem wyciągam tabletki i chowam Nospę do kieszeni z postanowienie, że przy kolejnym bólu ją połykam – ładujemy w siebie pyszniastą i ciepłą zupkę marchewkową (znowu Marchewka 😉 ) oraz inne smakołyki z których UTM słynie. W pewnym momencie słyszymy coraz głośniejsze miałczenie – to dwójka ultrasów niesie na punkt 2 malusieńkie kotki – znaleźli je po drodze jak wyczłapnęły z lasu – widocznie ktoś je wyrzucił. Jeden z nich ma chyba przetrącone nóżki, oba miauczą aż się kruszy serce starego chłopa – głaskam jednego i widzę jak na mnie patrzy jak ten kotek ze Szreka .. i choć nie jestem jakiś prozwierzątkowy to w tym momencie chciałem go zabrać ze sobą ….


Ta sierściasta historia ma aktualnie ciąg dalszy o czym pewnie niedługo napiszę ….. 😉

Niestety trzeba ruszać dalej – ale obiecuję sobie że po wszystkim dowiem się co się dalej z nimi stało (* po kilku dniach od UTM dostałem info od orgów, że znalazły się szybko w klinice weterynaryjnej – jeden niestety był chory i nie miał szans na przeżycie a drugi ma się dobrze w kociej fundacji … choć już niedługo 😉 ).

Robi się chłodno i cimno … ubieram niezastąpionego rashguarda Xarmour (szczerze polecam) , włączamy czołówki (niezastąpiona Mactronic Camo tak silna, że wypala trawę przed Tobą) i naparzamy do góry pod Lubomir. Brzuch zalany ciepłą strawą jakby dał za wygraną i mogę wreszcie operować kciukiem w przestrzeni zamiast w spodenkach – 10km do kolejnego punktu robimy bez większych przygód – Bastek już się trochę uspokoił i nie szarżuje jak nastolatek na pierwszej randce – żółtym szlakiem zbiegamy w dół – drogę znamy – rok temu nadrobiliśmy na tym odcinku ponad kilometr lecąc za gościem przed nami i omijając oznaczenia skrętu – tym razem na spokojnie odnajdujemy się w szlakoprzestrzeni choć czasem korzystam z tracka wgranego w telefon (polecam darmowy ARA GPX Viewer). Bez większych ekscesów aczkolwiek dość styrani docieramy do punktu odżywczego w Lubieniu na 31km – to tu rok wcześniej odżyłem jak feniks z popiołów, to tu było sympatyczne ognisko i pieczone ziemniaczki – tym razem ognia brak ale ziemniaczki były – duża ilość soli (jakże potrzebnej w takim biegu), herbatka i kilka przeprostów na ulicy wyglądających jakbym uprawiał miłość z asfaltem tudzież odwalał jakieś modły i lecimy na most przez Rabę. Ktoś pyta – Gdzie ten sławetny Szczebel? – odpowiadamy – Spójrz w tą ciemność, on tam jest i pyta się o Ciebie …. I czeka żeby spuścić Ci łomot!!!

W ciemnościach witamy się ze Szczeblem naszym dobrym znajomym – po raz piąty zaznajemy jego gościnnych ścian … w dosłownym znaczeniu. Początek jest złudny, góra mizdrzy się i puszcza oko niczym piękna niewiasta przy barze – ale w momencie jak się już za bardzo z nią spoufalisz to pokazuje swoje prawdziwe oblicze bez mejkapu i ostre paznokcie …. stroma wędrówka wysysa z każdego siły – stawiasz kroczek za kroczkiem a przed Tobą niekończące się podejście – staram się nie patrzeć do góry tylko pod nogi  – kijki mamy dopiero na przepaku na 46km więc znajduje jakaś gałąź i nią się podpieram – w tej morderczej wędrówce robimy kilka przerw – siadamy i zipiemy jak stara wołga – a to uciekamy a to dogania nas inny zawodnik. Praktycznie wszyscy na tym etapie mają już kijki do pomocy – my twardziele naparzamy Sauté 😉 Mój sposób na taki kryzys – zamykam się w sobie i koncentruje się na kolejnym kroczku …i kolejnym .. i następnym …. podejście dłużyyyyyyyyy się .


Pierdziele nie idę … tak będę leżał ….!!!

Bastek zdobywa szczyt ciut przede mną – kładziemy się na polance, która jest „startowiskiem” dla lotniarzy i patrzymy na nocną panoramę Beskidu Wyspowego. Jest po północy, jesteśmy wykończeni a do przepaku jeszcze jedna podobna górka. Szczeblu ty krwiopijco !!!
Zbieramy swe dzikie sierści i kulamy się w dół – kilku osobom nowym na tej trasie tłumaczę drogę powrotną przez Szczebel gdzie można łatwo się pomylić – rok wcześniej tylko dzięki przypadkowej turystce nie zbiegliśmy z innej strony niż meta 😉 😉 😉 Z dołu atakujemy kolejnego „zęba” czyli Luboń Wielki – takiego przyrodniego brata Szczebla – tutaj też szlak prowadzi ostro do góry a my wylewamy ostatnie poty aby przesunąć się o kilka centymetrów do góry. W pewnym momencie mam dość – siadam i oznajmiam, że tu rozbijamy obóz do rana – chłopak, który cały czas nas doganiał mówi, żebyśmy się nie opierniczali i pogania nas do góry. Nagle w nocnej ciszy z biegowej zawieszki wytrąca nas głośne i klasyczne HuuHuuHuuuuuuu – tak czyste, tak piękne, że brakowało mi tu tylko komantarza Czubównej – stajemy na chwilę i zaczynamy dostrzegać magię ultra. Po drodze na zmianę żartujemy i narzekamy jak stare przekupki … tak dobijamy do szczytu. Kładziemy się na ławkach wyłączamy czołówki i patrzymy w zajedwabiście rozgwieżdżone niebo – jest piknie!

Zbiegamy długim nudnym zbiegiem do Rabki Zaryte – przepaku na 46km po ponad 8h na trasie i niecałe 3h przed limitem. Uffffffff…..

 

4. OJ BOLI

Przepak w Rabce – dostajemy swoje worki ze sprzętem – ściągam buty a tam połączenie kalafiora z roponośnymi odwiertami i eksperymentalną mikroflorą. Praktycznie od startu mamy mokre stopy – noc zakamuflowała trochę ból ale teraz do świadomości dociera jakie SPA im zafundowaliśmy – na szczęście na przepaku ładuje na nie 2 tony sudokremu, wciągam nowe skarpetki i suchą parę butów. Do tej pory leciałem w pomarańczowych strzałach Salomon Pro, jednak na myśl o upalnym dniu zamieniam je na przewiewne Inovy-8 trailroc 285 … mam pewne obawy – na Salomonach z dużym bieżnikiem się ślizgałem na błocie – te mają o połowę mniej drapieżny spód .. jednak perspektywa suchości wygrywa i już paraduje w nowych sandałkach! Na przepaku wsysam kaszę kuskus z przeprzeprzeprzeprzepyszynym sosem pomidorowo lekko ostrawym (Bastek w tym czasie ze 3 porcje) – obsługa na punkcie jak zwykle olinklusiw – ekipa chodzi pyta co podać , co dolać – prawie jak w Szeratonie!  Ok. 1:30 wysyłam śledzącej nas ekipie info o naszym stanie i położeniu – jesteśmy naprawdę wyorani jak dziki po zryciu pola golfowego….


Obóz numer jeden rozbity …. 😉

Ale właśnie! – tu trzeba powiedzieć, że ciągle czuliśmy wiatr pchający nasze sierściaste kropki na trackingu online – w stadzie RUNHOGS wszyscy trzymali za nas kciuki, śledzili nasze poczynania, komentowali na czacie i szczerze nas dopingowali – to dodawało mega sił jakby człek miał druga parę odnóży – czasem pytałem Bastka – Czujesz?? .. Co ? …. Ten nieświeży dziki oddech pchający Cię w plecy 🙂 Jesteśmy szczęściarzami – mamy dzikich przyjaciół mających równie nierówno pod czerapami jak my !!! 😉

Z bólem serc …. i nóg i kręgosłupa i pleców i barków i stóp i … opuszczamy to żerowisko.  Kolejny limit 24h mamy na 110km i tu już trzeba zapodawać nóżkami jak na weselu szwagra. Z Zaryte do Rabki Zdrój trzeba przesmyczyć przez niewielką łączkę .. która okazuje się jednym wielkim mokradłem. No i miałem ja se suche buty – po 3 minutach od wyjścia brodzę w wodzie po łydki – moje stopy czeka kolejny dzień w prodiżu.


Cima i wszystko pozamykane .. sowy jakieś …. 

Rabkę Zdrój zwiedzamy jeszcze po cimoku bacznie obserwując trasę na tracku – rok temu jacyś dowcipnisie poprzestawiali oznaczenia i pozwiedzaliśmy troszkę więcej niż trzeba było. Łączymy się tu z grupką setkowiczów i kawałek pokonujemy wspólnie na wesołych pogaduchach. Kijki już mamy w łapach więc na podejściach zaczynamy odciążać nogi pracą rąk. Podchodzimy czerwonym szlakiem do Obidowej – ciemność zaczyna się rozjaśniać różową poświatą i nocną ciszę zaczynają mącić coraz głośniejsze ptasie trele – o czym one tak z rana naparzają nie wiem ale jest pięknie. Jasność wyłaniająca się z mroku dodaje sił, pogoda zapowiada się cudna choć przed największym słońcem trzeba nadrobić jak najwięcej trasy.


Nowy dzień, nowe możliwości, nowe kilometry do łyknięcia! (foto Adventure Globe)

Droga do Obidowej to preludium drogi na Turbacz – długiego, nudnego, nicniedziejącegosięwokół podejścia – naszego demona z 2018 roku. Teraz też nic się nie zmieniło – droga ni to w górę ni płaska – pełno błota i wody – ni to las ni pole – ni to iść ni to biec ….. ogólnie nuda jak w „Koronie Królów”.

Oboje jesteśmy już dość zmęczeni – brak snu i monotonia zmienia nas w tuptające zombie  – wymieniamy z Bastkiem retoryczne zapytania  o formę z treningów – Kaj ona jest? – mojego kompadre zaczynają dręczyć pierwsze wątpliwości o dystans, który przed nami … ja staram się o tym nie myśleć – skupiam się na najbliższym punkcie żywieniowym a i to dziele sobie na najbliższą górkę i najbliższy zakręt …. głowa sobie radzi ale ból poszczególnych części ciała zaczyna się zlewać w jedną całość – boli mnie wszystko – nawet mięśnie i kości których nie posiadam!

Obidowa 60km w racicach – doganiamy tu ekipę z Krynicy i pytam co się tak obijają – z ryżem, herbatą i colą kładę się do posiłku wprost na ulicy, żeby ulżyć mojemu niesfornemu wysuniętemu kręgowi – smaruję stopy garstką sudokremu, który jeszcze skitrałem w plecaku i zakładam na powrót mokre onuce .. bleeeee. Jeszcze tu zahaczymy na powrocie ale dotarcie tu będzie mega trudniejsze niż teraz o czym się jeszcze przekonamy …


Można mieć epicką fotę? Mateusz, z którym losy nas jeszcze powiążą ma – nie to co jakiś dzik leżący na asfalcie 😉 (foto UTM)

Ciśniemy na Turbacz – w drodze łapiemy mega kryzysa – ból, brak snu, problemy z motywacją – piszę stadkowi na czacie, że w cholerę ciężko ale napieramy. Droga się dłuży, czas zakrzywia – to niesamowite, że w takim biegu czasami kilka godzin mija w momencie a czasem minuty rozrastają się do godzin …. walczymy z tym psubratem, już raz go pokonaliśmy – byle do przodu krok po kroku. Jak mantrę powtarzam, że każdy krok to kilkanaście centymetrów bliżej celu, że o tym marzyłem i nie ma mowy o poddaniu się. Jak mantra w głowie powtarzam słowa z Orinoko Flow Zeusa .. przed siebie, przed siebie, przed siebie, przed siebie …..


Próbuję rozładować negatywne emocje rozmową i żarcikami , mamy przeogromną ochotę na piwo … a Turbacz jakby się cały czas od nas oddalał. Rozmawiamy z jakimś setowiczem – on na górze już zawraca do mety i ma jakieś 65% trasy za sobą – my nawet nie jesteśmy w połowie – to nas trochę dobija. Po pierdylionie kroków, tysiącu westchnień i kilkudziesięciu okrzykach w łacinie docieramy wreszcie do schroniska na Turbaczu – 69km naszej wycieczki . Turlaliśmy się tutaj z pół dnia … a to dopiero godz. 6:30! Wreszcie będzie PIWO!

 

5. KRYZYS I MAGICZNE DROPSY

… i marzenia o zimnym browarku prysły jak pęcherze na naszych stopach – za wcześnie jesteśmy i nic nie nabędziemy – morale nam spada jak nastolatkom, którzy dostają szlaban na piątkowy wypad z kumplami …. wprawdzie dotarliśmy tu o ok 1:40h szybciej niż rok temu ale marna to pociecha przy przeżuwaniu naszego piwnego zawodu. Kładziemy się na ławkach, prostujemy kości, jakiś lokales ze schroniska zagaduje nas gdzie to tak biegniemy.  Rzut łokiem na czata a tam mimo wczesnej godziny płyną słowa wsparcia od stada – trzeba naginać skoro OlAjsOnAs!


Gdzie to piwo ja się pytam ???

Zlatujemy z niegościnnego Turbacza do kolejnego punktu na Przełęcz Knurowską – to dla nas nowe tereny bo rok temu to tutaj zawracaliśmy. Niewiele pamiętam z tego odcinka – chyba zamknąłem się w sobie walcząc o resztki orientacji ze zmęczeniem i niewyspaniem. W pewnym momencie widzę daleko na horyzoncie wielkie długie jezioro – jako typowy geograficzny ignorant robię podśmiewujki, że wreszcie dotarliśmy do morza .. Bastek strzela, że to może jezioro Orawskie już widać … grunt, że coś się dzieje.

Z Bastkiem rozumiemy się bez słów – czas spędzony razem w górach na treningach i poprzednich biegach połączył nas pasmem łączności niedostrzegalnym przez radary. Jeden zaczyna truchtać to i drugi przechodzi w cwał , jeden się zatrzymuje kolejny od razu hamuje … czasem jak na komendę siadamy na ziemi aby chwilę odsapnąć. Mimo, iż atakujemy najdłuższy dystans w życiu to jest to chyba najbardziej cichy nasz bieg – każdy wewnętrznie pcha swoją biegową kupkę nieszczęścia do przodu – jak trzeba to żartujemy, gadamy o życiu, motywujemy się nawzajem – ale tu już nie potrzeba zbędnych słów – to jest MÓJ bieg, MOJA walka, MOJE motywy i MOJE słabości


Dzik buszujący w trawie w poszukiwaniu sensu egzystencji (foto Adventure Globe)

Docieramy na Przełęcz Knurowską – 79km – w sumie to jeszcze nawet nie połowa – staram się nie zaprzątać tym myśli – trafiamy pod namiocik tuż przy lokalnej drodze z dwiema przesympatycznymi wolontariuszkami – siadamy na krzesełkach niczym wędkarze i uzupełniamy kalorie czym popadnie – od dłuższego czasu marzyłem o gorącej zupie niestety tutaj klops i nie ma – ale to tylko mały szczegół bo reszta  była na 5 gwiazdek 😉 Bastek rzucił się na cuksy (nota bene Michałki) i wyjadł chyba z 60% przydziału na ten punkt – podejrzewam, że to ostatnia edycja gdyż orgowie UTM pójdą z torbami – na odchodne mimo mojego stanowczego sprzeciwu dziewczyny rzucają dodatkowe cuksy odchodzącemu Bastkowi … ot dzik żarłaczny! Po małym podejściu mój górski bliźniak orientuje się, że zostawił kubek na punkcie (tak tak na UTM nie ma śmiecenia – każdy dźwiga swojego kubaska) i w te pędy po niego wraca .. podejrzewam, że nabrał dodatkową porcję cuksów!!!


Dziewoje z Przełęczy – od rana przy drodze sterczą, żeby przywitać takich dzikich obdartusów jak my – MEGA SZACUN!!!

Kierujemy się na Lubań – 12 km płasko i lekko pod górkę a na końcu jakiś taki śmieszny cypelek … a że śmieszny nie był to się o tym migusiem przekonamy. Kolejne kilometry znowu zmieniają się w bezbarwną pulpę błota, kamoli i wszechogarniającej nudy … piszę naszym dzikom na czacie, żeby podskoczyli tutaj z zimnym browarem i mocną kawką … o tym teraz marzymy. Znowu widzimy jezioro po prawej już całkiem blisko – sprawdzam na tracku – toć to jednak wody czorsztyńskie – widok przecudny.

Trasa mija jak w jakimś majaku – chce nam się spać. Wspomagam się wodą z bukłaka chlustaną sobie na twarz. Na szczycie jednego z podejść siadam zmęczony i z tyłu słyszę tylko „Dziękuję Michał” …. Sebastian coraz bardziej  odczuwa trudy tego spacerku. Chłop jest mocny jak dzik w rui, myślę, że sam nawet nie wie jak mocarny ale teraz zaczął powoli tracić z oczu cel. Coraz częściej na trasie zaczął na głos wątpić, czy damy radę zrobić jeszcze taki szmat drogi nie będąc jeszcze nawet w połowie. Co gorsza zaczyna wspominać o rezygnacji …….

Przypominam sobie , że mam skitrane zapasy przekąsek więc staram się go obejść przez żołądek do umysłu 😉 Mam orzeszki chcesz? NIE. To może figi pyszne? NIE. A daktyla tu mam? NIE …… a może miętusa na przełamanie smaku? TAK!!! … i to był strzał w dziesiątkę – po wszystkich colach, figach , izotonikach i czekoladach człek ma w ustach ciągły posmak cukru – a tu taki magiczny drops miętowy zrobił robotę, że aż się mój kompan ożywił niczym zajączek z duracellem! (polecam miętysu OSHEE)


Jak nie zgubić dzika w lesie … 😉

Powoli ruszamy dalej a ja się staram go naprowadzić na TO po co tu jesteśmy.
Zobacz Bastek – piękny poranek, cudne górskie krajobrazy, słonko świeci, wiaterek wieje, my na szlaku czego chcieć więcej – to jest to co kochamy. Nie myśl o dystansie 173km i tym co przed nami – skup się na kolejnym punkcie do którego mamy parę kilometrów – a docelowo na limicie w Zasadne na 110km (24h) – pomyśl sobie, że dziś biegniemy ultra na 110km i nie wybiegaj myślami dalej – jak tam dotrzemy to zdecydujemy co robić i będziemy się martwić potem – jak zrezygnujemy to i tak będziemy mieli życiówkę i pobite 107km – będzie Ci łatwiej podjąć decyzję – już robiłeś dwie setki w życiu to i dasz radę trzecią …..!!! Chyba trochę podziałało …. a ja byłem pewny, że będąc na 110km spojrzy na to w inny sposób – większość trasy za nami, pogoda idealna, jesteśmy nadal w stanie używalności .. i nie odpuści. Ja miałem w głowie to poukładane – wiedziałem, że będę atakował do oporu choć w razie czego druga noc samotnie napawała mnie lekką nutką dekadencji – ale dzik będzie parł do przodu po swoje póki go coś nie obali!!! Po drodze Bastek dzwoni do swojej ukochanej Asi i coś się żali, że ciężko więc przejmuję telefon i informuję, że jest miło i sympatycznie i trzymając się za ręce w podskokach i ze śpiewem na ustach przemierzamy Beskid 😉


Jak w dół to dzida !

Z posmakiem mięty w ustach docieramy na 91 kilometr gdzie wg mapki miał być punkt a tu echo tylko hulało po halach – ten odcinek to taka zawijka w te i wewte więc pytamy pierwszego wracającego ultrasa kaj ta stołówka ? Woła, że jeszcze jakieś 2km i trzeba przeskoczyć takie strome podejście na Lubaniu …. pfffff po Szczeblu nic nas nie zaskoczy …

No i zaskoczyło – na końcu płaskiego jak patelnia podejścia ktoś nagle postawił ścianę – zadzieramy głowy do góry i z zachwytu puszczamy otworem gębowym łacińskie sentencje o pracujących przy drodze kobietach …  chcąc nie chcąc atakujemy ten szczyt stylem alpejskim – czuję jakbym musiał wchodzić po schodach co trzeci stopień – zamykam się w sobie  i cisnę jak ta dzika kozica w górę a podejście pozbawia tchu w płucach i sił w nogach … ogólna masakroza. Na szczycie wieża widokowa i jakby ktoś mi kazał na nią jeszcze wejść to bym się odwrócił i poszedł w przysłowiowe pizdu. Do punktu trzeba jeszcze zbiec – na zbiegu odwracam się i widzę w oddali Bastka, który też dał radę ogarnąć tego hopka. Stolik ze smakołykami i żelkami Haribo a tu obsługa woła, że to nie to ??? 100 m dalej za to dostrzegam grupkę ludzików odstraszających rękami komary … a nie – oni wołają do mnie, że to tam – zbliżam się a tu rozbrzmiewa muzyczka z fletu i bębenka – miód na uszy i serce – wszyscy uśmiechnięci i pomocni – chatka, ognisko, pieczone ziemniaczki, nawet prysznic polowy – kwintesencja luksusu w  kuluarach natury. Dociera mój kompaniero i ma równie radosne powitanie . Suszę kalafiory (stopy) przy ogniu i szamam kartofla z kawałkiem oscypka – do tego szybki prysznic, zimny spray na wszelakie bolączki cielesne i maść przeciwbólowa na stopy – choć bardziej by się tu przydał talk dla niemowlaków na odparzenia 😉


Kto mi zajumał paznokcie ??? (foto Aleksander Hordziej)

SPA w wersji UTM (foto Aleksander Hordziej)


Przeprosty na każdym punkcie wzbudzały podziw fanek (foto Aleksander Hordziej)

Rozmawiamy, śmiejemy się z przecudnymi ludzikami z punktu – wraca w nas chęć życia i jednocześnie pragnienie tu pozostać z nimi na zawsze. Kleszcze błogostanu zaciskają się niczym tulące się do Ciebie Teletubisie więc zbieramy swój dobytek, uzupełniamy płyny (woda, cola, izo) i z wielkim żalem ale zarazem bananem na ryjkach opuszczamy to gościnne miejsce i życzliwych nam ludzi. Tuż przed nami w trasę wyrusza Mateusz, z którym ta przygoda spląta nasze dalsze losy. Punkt Lubań Rulessss!!!


Bastek ciśniem bo zaśniem …. a przed nami Mati (foto Aleksander Hordziej)

 

6. CAŁE ŻYCIE NA LIMICIE

Kolejny cel na tapecie to przepak i zarazem limit 24h w Zasadne na 110km – zapas czasu sporawy ale i my już – parafrazując naszych komentatorów sportowych  –  świeżości w kroku nie mamy! Pod górę podchodzimy, w dół powoli zbiegamy a po płaskim to jak nam się akuratnie chce. Wracając trafiamy na zawodników biegnących do tego punktu widmo z żelkami – okazało się, że tasujemy się z Biegową Triadą i ich pierwszym dystansem 23-kilumetrowego biegu – wyglądaj dość świeżo i żwawo w przeciwieństwie do naszego obrazu wyoranych dzików. Widząc nasze numery (chyba coś wiedzieli o naszym biegu i dystansie) większość mijających zaczynała nam klaskać i wołać – Powodzenia, Szacunek, Brawo Panowie! ….. nie przygotowani na taką nagłą dawkę atencji rośniemy w oczach – prostujemy sylwetki i zaczynamy biec po płaskim jakbyśmy właśnie rozpoczynali trening interwałowy! Wszystkim tym zawodnikom chciałem PODZIĘKOWAĆ – Wasze nieoczekiwane wsparcie bardzo nas podniosło na duchu – zaczynało do nas docierać , że robimy naprawdę coś wielkiego (bo, że głupiego to już wiedzieliśmy) !!! Mija nas też gość z pierwszego miejsca na 240km, który ciśnie na Lubań – patrzymy na niego jak na cyborga .. i jeszcze nie raz go spotkamy .

Podbudowani całym zajściem zbiegamy na zielony szlak w stronę Ochotnicy. Ból wszystkiego zadomowił się na dobre i już sobie zaczął urządzać swoje gniadko w moim ciele. Na ten moment nawet w zbiegach robimy sobie przerwy w marszu, żeby odsapnąć. Nogi czasem chwieją się jak przy powrocie ze studniówki. Bastek informuje mnie, że po długich negocjacjach ze swoim ciałem i umysłem postanawia dociągnąć ze mną do przynajmniej 122km gdzie to mają na nas czekać nasze ukochane kobiałki. Super … już wiem, że ten szczwany dzik dociągnie do mety choćby na czworaka.

W wiosce na dole zaliczamy spacerek asfaltem – z czata dowiaduję się, że nasze tracki chyba nie fungają a dziki pytają gdzie my są więc wysyłam skreena z zegarka a na nim 99,26km – mój towarzysz zaczyna rozpytywać o pobliski sklep i jest – wreszcie mamy w ręku jedną zimniutką puszeczkę „Heńka” którą delektujemy się wspólnie niczym Makłowicz z Gesslerową – tego nam było trzeba – w końcu setkę trzeba jakoś oblać 😉 !!!


Dobrze spotkać Heńka na szlaku !
(foto po prawej Adventure Globe)

Nachmieleni doganiamy długowłosego Roberta z olkuszbiega.pl, z którym czasem tasowaliśmy się na trasie – To znowu Wy? No tak – pilnujemy Cię cobyś się nie zgubił 😉 Krótka sympatyczna pogawędka i wskakujemy w swoje tempo. Wpadamy na szlak na Gorc – tutaj, jak ostrzegali Orgowie, leśne chochliki zwane „Januszami Gur” lubią zrywać i przestawiać oznaczenia na trasie .. no i faktycznie – praktycznie na całym podejściu taśmy leżą pozrywane na ziemi – my z barku aktualnie innych ważnych zajęć zawieszamy je z powrotem na swoich miejscach aby kolejni zawodnicy nie wywędrowali w jakieś maliny gorczańskie.

W oddali widzę szczyt z wieżą widokową i mówię Bastkowi, że tam byliśmy – dyć to Lubań …. a tu cały czas się do niej zbliżamy – i się okazało, że wieże w tych terenach stawiają na bogato a to tylko kolejna górka do zaliczenia czyli Gorc. Bez większych problemów tam docieramy – pogoda nas rozpieszcza – słonko pięknie świeci ale nas cały czas niczym klima w Pandzie owiewa chłodny wiaterek więc kompletnie nie czuje się temperatury. Teraz już tylko dzida (no może bardziej mała dzidka) w dół do punktu w Zasadne do którego docieramy 1:40h przed limitem – a więc 110 km zrobiliśmy w ok 22,5h a na kolejne 63km mamy ponad 23h – więc choćby tyłem uprawiając moonwalk doczłapiemy !!!

Nic tu nie dzieje się przypadkiem – uświadamiam sobie, że ten o wiele za szybki początek na którym goniłem Bastka dał nam z godzinę zapasu a co z tym idzie komfort psychiczny, że nie trzeba było poganiać do końca za limitami! Tak miało być i basta – tak to robią ultra dziki z miasta …. !!!

 

7. I PO BÓLU

Punkt w Zasadne czyli drewniana wiata ze strawą – dostajemy nasze przepaki i zaczynam mieć rozkimnkę – czy zostać w mokrych aczkolwiek luźnych sandałach ze stajni Inov czy przekładać racice w suche ale akuratne (czyli dla ultrasa za małe) Speedcrosy – pierwsze mega wygodne ale robiące za saunę dla stóp – drugie suche ale co z tego jak szlaki w większości to płynące strumienie a jeszcze na zbiegach będą cisły .. ot takie dylematy. Susze kalafiory i z przyjemnością naciągam suche skarpetki i buty – niech się dzieje… przynajmniej przez chwilę poczuję się jak na niedzielnym spacerku ! Na czacie czytam, że zgubiłem Bastka … a ten pasibrzuch siedzi obok i pochłania chyba dziesiątego naleśnika z jabłkiem. Ot co jego GPS padł i wg. trakingu siedzi dalej na Lubaniu – uspokajam wszystkich, że żeruje ze mną. Na punkt dociera długowłosy Robert i oznajmia, że się wycofuje ze względu na poorane stopy … wygląda na silnego zawodnika – to daje nam do myślenia, że jeszcze kawał roboty przed nami – na szczęście Bastek w ferworze walki z naleśnikami zapomniał o swoich wątpliwościach.


Tiaaaaa Bastek jest  i wpiernicza 25-ego naleśnika !!!

Wychodzimy z powrotem w kierunku Gorc ale innym szlakiem – mamy 12 km do punktu w Rzekach a tam mają na nas czekać nasze dziewczyny więc ciśniemy jak na pierwszą randkę w kinie.

Bastkowi oznajmiam, że tam robimy dłuższy postój a i nawet był wcześniej pomysł aby zdrzemnąć się na kolanach naszych lubych – ale to już stanowczo odrzucam – nie wiem jak zareaguje moje ciało na takim zmęczeniu na sen – czy w ogóle wstanę? czy kwas mlekowy nie zacznie już hulać po mięśniach? czy mi się będzie jeszcze chciało? …. czyli nie ma spania!

Gdzieś po drodze mija nas lider UTM240 czyli Marek Rutek – biegniemy z nim kawałek wypytując go o samopoczucie – okazuje się mega sympatycznym świrem z Poznania, który ultra biega od 2 lat a tu ciśnie jak dzika kuna – wyprzedza nas ale za jakiś czas spotykamy go jak stoi na łące i patrzy na dziury w butach – ten przegość robi 240 kaemów w jednych butach i dziwi się, że wymiękły – odkrzykuję, że to są pewnie buty na max. 100 km 😉 .. zostaje za nami.

Po przeskoczeniu górki  docieramy do drogi asfaltowej, którą zmierzamy w kierunku najbliższych nam objęć na 122km. Szosa dłuży się ale za któryś tam zakrętem widzimy wychodzące nam naprzeciw Asię i Kotka – mają dla nas afrodyzjaki w postaci gorącej kawy i zimnego piwa – CMOK CMOK CMOK – z tej radości nie wiem od czego zacząć i piwo popijam kawą! Widok ukochanych podnosi nam libido, kawa pobudza a piwo ukaja ból. Wsparcie bliskich w takim momencie to jak słoik miodku dla Kubusia – sama słodycz – dziewczyny nie dość, że akceptują takie durne wybryki swoich chłopów to jeszcze przyjechały nas przytulić i wyprawić w dalszą drogę – KOCHAMY WAS za to!!!


Kochana żonka mówi Ci „Dasz radę” – to co nie dasz jak dasz 😉 (foto Paulina Bartosińska)


Przyszły chłopy i poszły w siną dal ….

W tym samym czasie dobiega znowu do nas Marek alias Dzika Kuna – kulturalnie jak savoir vivre przykazał częstujemy kolegę naszymi smakołykami i życzymy mu udanej nocy bo wyrywa się ostro dalej na szlak.


Dzika Kuna wśród dzików … swój człowiek !!!

Z naszego długiego wypoczynku nici – Bastek chyba pod wpływem widoku swej lubej po kilku minutach staje jak koń w cuglach na Pardubickiej i chce cisnąć dalej .. ja nie zdążyłem nawet plecaka otworzyć, w planie było moczenie nóg w pobliskim strumyku a ten, że lecimy bo trzeba kończyć to bieganie. Myślę OKKKKKK … ale coś czuję, że to jeszcze nie koniec „przyjemności” i wcale nie taka końcówka do przebiegnięcia bo czeka nas jeszcze konkretne ultra. Machamy naszym żonkom i w drogę ….

Kierunek Turbacz przez Kudłoń żółtym szlakiem – zaczyna zmierzchać, las powoli cichnie, słońce rzuca ostatnie promienie na zbocza – jest pięknie. Podejście wiedzie po drewnianych schodkach – na jednym z nich siadamy i kontemplujemy widoki – jest przecudnie a ja zaczynam uświadamiać sobie, że nie czuję żadnego bólu. Hmmmm ale jak to ??? Napierniczało mnie wszystko od paznokci po rozdwojone końce włosów na plecach i gdzież to się podziało ??? Kolejne kilometry pokonuję w pełnym komforcie – wszechobecny ból przerodził się w brak odczuwania bólu – ciężko mi to wytłumaczyć ale cieszę się tym prezentem od losu – jedyne co przeszkadza to stopy. Tutaj zaczynam radzić sobie sposobem – ból stóp przy każdym ich styku z ziemią w głowie próbuję zmienić na … przyjemność! I to po kilku godzinach zadziałało – już do końca biegu stawianie stóp sprawiało mi masochistyczną przyjemność do tego stopnia, że wyszukiwałem wystające kamienie aby na nich stanąć tym samym masując nimi nogi. Takie tam ultra zabawy na trasie 😉 😉 😉

Dogania nas Mateusz – ten, z którym tasowaliśmy się w okolicach 90 kilometra – pyta czy może się do nas dołączyć na noc bo w kupie raźniej a i starzy górale powiadają, że w drugą noc to się niezłe nocne majaki widzi. No i faktycznie – robi się szaruga a ja czasem po bokach widzę patrzące na nas twarze. Na szczęście byłem na to przygotowany więc mam na to luz – Bastek na zakręcie widzi siedzące na pniu blond dziewczę (jakby się tak temu pniu przyjrzeć to faktiko) … później to i do gorszych obrazków się przyznał ale to już pozostanie między nim a Turbaczem !

Nasz nowy kompan decyduje jednak przyspieszyć z postanowieniem, że w razie omamowych kłopotów  na nas zaczeka. Gdzieś za Kudłoniem znowu się spotykamy chliptając wodę ze strumyków przecinających szlak … pozostaniemy razem trzej utlra amigos już prawie do samego końca.


Którędy nad morze ??? (foto Adventure Globe)

Gdy docieramy do schroniska na Turbaczu jest już ciemna noc – tam jakieś dzikie imprezy na całego – nas wszystkich morzy sen i Bastek bezskutecznie wyrusza na poszukiwania kawy. Przed schroniskiem widzimy biegnącego w naszą stronę człeka z czołówką …. a to nie w tą stronę …. a to Marek Rutek dalej lider  UTM240 – stracił chłop orientację i nabiegał kilka kilometrów wokół Turbacza – wyciągam moją niezawodną nawigację na komórce i szukamy wyjścia – podchmielony bywalec schroniskowej imprezy pyta .. „Aaa ssssoooo wyyy tuuu taaaak laaatasieeee ???” . Turbacz opuszczamy w 4 osoby – Marek narwany już chce pędzić ale studzę go, żeby nie latał bez sensu póki nie wyjdziemy z największych chaszczy – rozmawia z orgami przez telefon ale jego track też nie działa i nie wiedzą gdzie jest więc mi przekazuje słuchawkę – uspokajam orga, że się już znaleźliśmy w czasoprzestrzeni i wyprowadzam go z pogmatwanej dróżki na czerwony szlak – on informuje, żebyśmy uważali na wiatrołomy na zbiegu bo niezłą bonanzę wiatr tam poczynił – myśl, że kilka drzewek problemu nam nie zrobi była dużym błędem. Po wyjściu na szlak Dzika Kuna ruszyła z kopyta w dół w akompaniamencie naszych krzyków „Powodzenia i nie gub się więcej” !

8. WIATROŁOMOLAND … i nuda

Zaczyna się nasze powolne katharsis – droga z Turbacza do Obidowej to długa, nudna, błotno-wodna autostrada do zatracenia – płasko lub lekkie nachylenia nie sprzyjają truchtaniu – idziemy gęsiego omijając wielgachne kałuże, w których błoto ściąga buty ze stóp. Mimo znudzenia i monotonii cisnę jako pierwszy nadając tempo z mną Bastek gawędzi z Mateuszem – okazuje się, że nasz kompan to ultras z krwi i kości mający spore doświadczenie na dystansach nawet 240km i będący przed startem w świętym graalu ultrasów czyli UTMB w Chamonix. Trasa niemiłosiernie się dłuży, zmęczenie zamyka powieki – po ominięciu tysiąca błotnych jezior za każdym kolejnym zakrętem wyglądamy punktu w Obidowej … a tu tylko kolejna ciemność pośrodku niczego.

Przysiadamy na chwile by odpocząć a ja sprawdzam z ciekawości nasze położenie bo już mamy dość tego spaceru – załamka …. Kropka na GPS-ie jest mniej więcej w połowie tego odcinka. Chłopaki patrzą na mnie pełni nadziei na dobre słowo – „Nie jest dobrze – jesteśmy w czarnej dupie – nic więcej Wam nie powiem – ciśniem bo zaśniem!!!
Mateusz przejmuje prowadzenie i człapiemy dalej.


Magia ultra nocy (foto Adventure Globe)

Chyba nie doceniliśmy komfortu brodzenia po błotnej mazi bo na szlaku zaczęły pojawiać się powalone drzewa. Najpierw nieśmiało jak pierwszy śnieg w wigilię później hurtowo jak jajka na targowisku. Zaczynamy coraz bardziej schodzić ze szlaku aby je ominąć – drzewa i gałęzią tworzą naturalny park linowy ze splątanych badyli – raz przeskakujemy górą raz prawie czołgamy się pod powalonymi iglakami. Już nam się spać nie chce – uwaga wytężona jest na maksa aby nie zgubić się i przy okazji nie zrobić sobie kuku a wszystko to w oświetlonym kółku swojej czołówki. Jest coraz ciężej a ten leśny park niespodzianek z wiatrołomów jakby się nie kończy … aaaaa to o tym mówił Org przez telefon!. W tej plątaninie przeganiamy sympatyczną parkę z Włoch z którymi rozmawiałem gdzieś na początku biegu – rok temu nie skończyli tego biegu w tym roku chcą się odkuć polskim górom. Jesteśmy wyczerpani na maksa … kilka razy daję upust emocjom krzycząc na głos co myślę o tym cwaniaku, kto tu te drzewa poukładał – Bastek też zapytuje co za drwal tu imprezę robił!!! Skaczemy jak małpy a posuwamy się jak ślimaki. A to obrywam gałęziami w głowę a to szuram łydą po korze … nie wiem ile to trwało ale dla mnie wieczność – wreszcie ten Wiaatrołomland się kończy i docieramy do Obidowej na 140 kilometrze (byliśmy tu już na 60km)… odcinek 18km zajmuje nam ponad 5h gdzie na treningach obrabiamy takie coś w 2,5h!!!

Tu dostajemy wędkarskie siedziska i ledwo żywi próbujemy chwilę dychnąć po tym horrorze – na szczęście znowu świetna ekipa z punktu zadbała o nasze wygody – był ryż, pomarańcze i co najważniejsze – YESSS!! – gorąca parzona kawa, która wszystkim nam uratowała sierść!!!!!!! Zaczynam się trząść więc wskakuje w kurtałkę (Newline Windpack – mała lekka używana od lata po zimę). Chwila sympatycznych pogaduszek, trochę kofeiny i czuję, że jestem niepokonany – zbieram moją „drużynę bez-cienia” i ruszamy w górę a wraz z nami włoski duet.


Bez kawusi ani rusz ….

Już na dzień dobry aby wejść na szlak trzeba brnąć w wodzie … i od razu troszkę błądzimy – szybko wyprowadzam nas na prostą ale Włosi zostają w tyle – znowu maszerujemy jak trzech harcerzyków na biwaku. Mamy 13 km do Ostatniego punktu w Rabce Zaryte – niby mało a znowu ciągnie się jak odcinki „Mody na Sukces”. Cimno, zimno i do baru daleko. Czasem zbiegamy, czasem wchodzimy a wszystko to przez błoto, błoto i jeszcze trochę błota. Kumatość już nie ta co na starcie więc co jakiś czas sprawdzam tracka czy aby na pewno spacerujemy w słusznym kierunku. Mój dziki przyjaciel coraz częściej wspomina o potrzebie snu – idzie do przodu a oczy same mu się zamykają – uczucie porównuje do tego gdy jedziesz w nocy za długo autem i po mrugnięciu łapiesz się, że przez dłuższą chwile miałeś zamknięte oczy … taki marsz „na ebaju” 😉

Przed północą dostaję sms-a od Kotka – „ Kochanie … już niedaleko meta, jesteś już prawie u celu 😉 zaraz spełni się kolejne Twoje marzenie, jesteś wielki! „ – frunę nad ziemią … gdy w realizacji marzeń wspiera Cię najbliższa Ci istota to nic Cię nie zatrzyma – Dziękuję Kitek!!!

Ciśniemy – fizycznie czuję się spoko – dalej nic nie odczuwam poza permamentnym „TuMiWisizmem” – i to uczucie mi pomaga – mam wszystko gdzieś i tylko stawiam krok za krokiem – chowam się w moim „pudełku nicości” (jak nie wiesz co to kliknij TUTAJ) i beznamiętnie przebieram nogami – znowu prowadzę i czasami czekam na kompanów, którzy umilają sobie drogę rozmowami choć też już coraz rzadziej. Bastek już nie wspomina tylko stanowczo prosi nas o możliwość 15 minutowej drzemki – my z Matim jesteśmy dalej na twarde i stanowcze raczej NIE. Schodzimy do Rabki Zdrój a wokół robi się mglisto i wilgotno – spoglądam na światło z czołówki i widzę przed moim czołem czarną ruszającą się pulpę – to miliony muszek lgnęły do światła tak jak my lgnęliśmy do mety. Ależ musieliśmy się tego białka tam wtedy najeść i nawdychać  😉

Rabkę przekraczamy środkiem wymarłej ulicy gdzie nawet psy na nas szczekać nie chciały  – później już tylko przeskok przez małe wzniesienie, które ma fatalne oznaczenie czarnego szlaku na drzewach rozproszonych jak popadnie na chybił trafił – wzmagam czujność i docieramy do ostatniego zbawczego punktu w szkole podstawowej w Rabce-Zaryte. 153 kilometr za nami – dwa dobrze nam znane zęby Lubonia i Szczebla przed nami ….


Dzień Dobry … my na wywiadówkę …. (foto Paulina Bartosińska)

 

9. I NASTAŁA JASNOŚĆ

Z ciemności wkraczamy w rozświetlone progi szkoły podstawowej w Rabce-Zaryte – Bastek dostaje dyspenzę na max. 15 minut drzemki i kładzie się jak długi na korytarzu – my pochłaniamy w tych gościnnych progach kolejną porcję kuskusu z rewelacyjnym sosem. Z informacji online dowiadujemy się, że Włosi się pogubili i schodzą innym szlakiem. Na punkt wpada drugi zawodnik z 240km Mariusz Bartosiński – siedzi skupiony i mi wygląda na mega mocnego zawodnika – i zapewne tak jest skoro jest w czołówce tego kosmicznego dystansu.

Ciepłe przyjęcie, ciepła strawa, ciepła herbatka i ogólnie ciepło i przytulnie – oczy zamykają mi się momentalnie i zaczynam odpływać …. szybka decyzja SPADAMY PANOWIE!!! – nawet nie korzystamy z przepaku – wołam Bastka, który chyba tylko pooglądał powieki od spodu bo non stop gadał z obsługą punktu – ale tego mu było trzeba  i już jest naładowany jak reklamówka na promocji w Lidlu.

Otwieram drzwi i nastaje jasność … przez te paręnaście minut na punkcie na zewnątrz słońce przegoniło mrok i nowy dzień budził się do życia – jest ok 4 rano a my wyruszamy na ostatni etap tej przygody – ponowne spotkanie z naszymi znajomymi – Luboniem Wielkim i Szczeblem.


Jakby dawali kajaki to można by spływać … (foto Adventure Globe)

Na Luboń startujemy żółtym szlakiem przez kompletne błotnisko – robi się ciepło więc zrzucam kurtkę. Z tyłu dogania nas Mariusz … przepuszczamy go bo chłop walczy o srebro i pytamy jak sobie radzi z 2 nocami bez snu na tym kilometrażu – pada krótki „Nie radzę sobie …”co nas w ogóle nie dziwi. Podejście zaczyna piąć się coraz bardziej w górę a ścieżka jakby coraz bardziej zarośnięta przez co w pewnym momencie wszyscy w czwórkę leziemy po ściółce pomiędzy drzewami szukając dobrej drogi – odpalam niezawodny track i odbijamy po stromym zboczu o 90 stopni po jakimś czasie wracając na szlak. Mariusz trzyma się z nami … opiera się o drzewo i pyta „chłopaki nie macie nic przeciwko, że się do Was przyłączyłem – trochę słaby już jestem ..” .Pewnie! Cała przyjemność po naszej stronie – choć uświadamiam sobie, że Ci mocarze z 240km to też ludzie tacy jak my a nie jakieś ultra-cyborgi. Cieszę się bardzo, że udało się poznać Cię na trasie i pogadać – udowadniasz chłopie, że jak się chce to się da i kropka!!!

Docieramy do gruzowiska – miejsca gdzie kamień na kamieniu kamieniem się podpiera – taka naturalna mozaika jakby ktoś rzucił kamiennymi bierkami –trzeba uważać gdzie się bryka a i tak po głowie chodzi pytanie „Czy to się zaraz wszystko nie obsunie w pizduuu?” – udaje się wspiąć na szczyt skał a tam zagwozdka gdzie dalej – to już trzeci raz gdy od tej strony atakujemy tą górę i za każdym razem wygląda to inaczej – tak jakby góra żyła i bawiła się z Tobą w grę „przepuścić czy nie przepuścić” … ja robiąc za przewodnika zsuwam się w dół zarośniętego jaru i przedzieram się przez chaszcze jakieś – Bastek na górze odnajduje taśmę i cisną we trójkę urwiskiem co wcale nie jest łatwiejsze – po jakimś czasie już razem wdrapujemy się na mega strome zalesione wzniesienie i mamy Cię o Luboniu Wielki !!!! Ufffffff

Teraz zbieg czerwonym szlakiem tym samym co podchodziliśmy w piątkową noc – Mariusz dostaje skrzydeł i z naszymi życzeniami powodzenia leci w dół. My schodzimy – ja czuję dalej mój zbawienny TuMiWisizm i proponuję załodze zbieganie … brak odzewu z tyłu mówi wszystko 😉 Uważając aby nie zrobić sobie kuku na stromiznach po paru obsuwach na piasku docieramy szczęśliwie do wioski Glisne – słonko już mocno zapodaje i rozglądam się za studnią aby schłodzić ryjek i czapkę … no ale weź tu znajdź w tych czasach studnię na wsi ??? 😉


Na śniadanie został tylko Szczebel 😉

Chwila oddechu na asfalcie i podrywam chłopaków do ostatniego zrywu – Szczebla z wejściem od długiego i nudnego podejścia. Cyk i wysyłam fociaka na czata a tam komentarze – „Jak to jest, że Wy macie siły się jeszcze uśmiechać?” i drugi „Oni już wiedzą, że wygrali. Dlatego te uśmiechy. Bezpiecznie w dół i do mety” – i tak właśnie jest – ta ostatnia przeszkoda nie odbierze nam tego po co tu przyszliśmy i wszyscy o tym wiemy! Czuję się wyśmienicie – wyrywam na zielony szlak i sforuję się na przód zostawiając gawędzących chłopaków ciut z tyłu. W plecaku mam drugie koło ratunkowe jakim jest MP3 plajer z muzą by się zatracić muzyką w kryzysie – ale nie potrzebuję tego – jestem tu gdzie mam być i zmierzam do swojego wymarzonego celu. Zaczynam sobie uświadamiać, że niedługo zakończy się ta przygoda i jednocześnie tego pragnę i nie chcę ….


Teraz tylko windą w dół i MAMY TO !!!

W epickich promieniach słońca docieramy na szczyt Szczebla – tam krótki odpoczynek i ostrzegamy Mateusza przed ostatnim zejściem z tego przyjemniaczka – mega ostrym spadem gdzie trzeba zsuwać się i łapać drzewa, żeby nie polecieć w dół niczym Małysz na Wielkiej Krokwi. Składamy kijki i troczymy do plecaków – tu tylko by przeszkadzały .. no i zjazd! Na początku delikatnie i przyjemnie, później ciut trudniej ale znośnie … sam zaczynam się zastanawiać czy aby nie wyolbrzymiliśmy tego zbocza .. aż tu nagle jak się ziemia nie przechyli w dół a grawitacja przypomni Ci o Twych zbędnych kilogramach na brzuchu piwnym !!!! Skaczemy od drzewa do drzewa, kilka razy zaliczam mały zjazd a to na pośladku a to na rękach … na tym zmęczeniu jest to niezła katorga. Wymęczony i poobijany jak szmaciana lalka w przedszkolu kulam się do rzeki ledwo hamując na brzegu – czekam chwilę na chłopaków  i wreszcie po względnie płaskim terenie ruszamy w stronę Kasinki Małej – 166km więc jeszcze ok 7 kaemów – tak mało a tak daleko jeszcze ….

 

10. NIGDY NIE TRAĆ Z OCZU CELU …

Docieramy do cywilizacji – Mateusz ciągnie już na oparach i zostaje nam w tyle .. czekamy i motywujemy do ostatniego zrywu. Niby już w Kasince, niby przechodzimy obok naszego zaparkowanego auta i baru w którym 2 dni temu nawadnialiśmy się przed startem – ale tu nie ma lekko – bezlitośni orgowie fundują jeszcze ok 3 kilometrową obiegówkę do mety i to pod górkę …. my to pamiętamy z Bastkiem z ubiegłego roku choć mentalnie dało nam to w kość – teraz to już tylko pro forma do sfinalizowania swoich marzeń. Wiemy, że na mecie czekają na nas nasze kobietki a i trenejro miał się pokazać więc trzeba wyskoczyć rześko jakoby krasne chłopaki z gór.  Chcemy już tam być więc instruujemy Mateusza jak prowadzi owa okrężnica i lecimy przed siebie. Ostatnie długie podejście – dzik u boku coś lekko denerwuje się na dłużyznę (rok temu tu prawie zrezygnował 😉 ) więc mówię mu co ja teraz myślę – „ … ta nasza przygoda zaraz się skończy, to ostatnie chwile na szlaku – zamiast jojczyć chłoń tą chwilę, zapamiętaj jak pachnie las i jak chlupie błoto pod nogami – weź te emocje ze sobą bo tego pragnęliśmy …” Ja zaczynam się rozklejać … jestem tak szczęśliwy, że pod powiekami zbierają mi się łzy a i ze dwie spłynęły po policzku (oficjalnie to był tylko pot)! Próbuję zapamiętać każdy aspekt tego co odczuwam – bo po to właśnie tyrałem ostatnie 40 godzin.

Ostatni zakręt i przed nami ukazuje się upragniony finisz – truchtamy a ja krzyczę „ ..zrobiliśmy TO ku#a Bastek …. zrobiliśmy 173 pieprzone kilometry !!!!”. Eksplozja endorfin, szczęścia i kij wie jeszcze czego ale czegoś tak cholernie pozytywnego, że unosisz się nad ziemią…

Meta zastawiona bramkami więc mała zagwozdka (przygotowania do startu krótkiego niedzielnego dystansu)
.. ale szybka reakcja obsługi i witani oklaskami widzów i zawodników wpadamy na metę UTM170!!!!


Tych panów nie wpuszczamy …. 😉 (foto UTM)

Energia mnie rozpiera – nie ma zmęczenia, bólu a i mój przyjaciel TuMiWisizm został gdzieś na Szczeblu – dostajemy drewniany medal z profilem trasy, czapeczkę finishera i coś co tygryski lubią najbardziej czyli piwo 😉 Odgrażam się orgowi ,że go nienawidzę za te drzewa poukładane na wiatrołomach!!! Rzucamy się z Bastkiem w objęcia – bracie mój co żeśmy przeżyli to nasze ale DALIŚMY RADĘ – razem ale tak naprawdę każdy z osobna w zaciszu swoich słabości i wątpliwości.


Szorstka, dzika, męska miłość …. (foto UTM)


Ten gość w środku jest poszukiwany za porozrzucanie wiatrołomów na Turbaczu !!! (foto UTM)

Coś co jeszcze niedawno było w strefie fantastyki z odległej galaktyki właśnie stało się rzeczywistością.

Biegniemy w objęcia naszych ukochanych – są szczęśliwe razem z nami (pewnie z powodu, że chłopy całe i zdrowe do domu wrócą) … gratki od trenera i mega wielkie powinszowania na dzikim fejsbukowym czacie. Do mety dociera wyczerpany Mateusz, któremu serdecznie gratuluję mega walki i jeszcze bardziej mega planów na przyszłe ultra starty – jego relację z tego biegu możecie przeczytać TUTAJ – co nieco o dzikach się tam znalazło. Dzięki Mati za wspólną przygodę, wzajemne wsparcie i do zobaczenia znowu gdzieś na szlaku!!!

 

Odnajduję Marka Rutka, który zwycięża 240-tkę – wygląda jakby się w ogóle nie zmęczył bo lata żwawo z miejsca na miejsce 😉 – ten gość tak lubi hasać po górach, że zamiast 240 zrobił 258 kilometrów i jeszcze to wygrał 😉 Marek alias Dzika Kuna – zapamiętajcie człowieka bo on jeszcze nieźle namiesza w świecie ultra! Marko jedwabiście, że się udało poznać i mam nadzieję DO ZO BA na jakimś ultra!

A my cóż – kończymy powoli nasze bieganie – jeszcze tylko 3km zejść do auta ale co tam taki kawałek jak banan na twarzy 😉 Resztę dnia odpoczywamy w zaciszu „Agroturystyki u Władka” w Kasince, gospodarze przemili czekali na nas i naszą relację 😉 Zaczyna do nas docierać cośmy odpierdyknęli i do późnego wieczora  wymieniamy się wspomnieniami ….. poniedziałek regeneracja w zimnym górskim strumieniu … i już po wszystkim!


Dobry Dzik to dzik wyspany i wykąpany !!!

 

11. I NA CO TO KOMU?

Wystartowało nas 34, do mety dotarło zaledwie 14 zawodników – my z Bastkiem lądujemy w stawce na 8 i 9 miejscu z czasem 40 godzin i 45 minut (WYNIKI). Na 240km jeszcze większy odsiew bo z 34 skończyło zaledwie 6! Na internetach tysiące gratulacji i między innymi tak – „BRAWO!!! Nie rozumiem jak i po co … Ale zrobiliście to!!! Przejdziecie do historii”. No może do historii nie przejdziemy – chyba, że mowa o wpisach na enduhubie ale fakt zrobiliśmy TO – tylko PO CO?  Kryzys wieku średniego bo przecież najmłodszy już człowiek nie jest a może po prostu nam odbija i nie mamy co w chałupie robić ???
Twarde i stanowcze raczej NIE – wytyczanie sobie wyzwań i przekraczanie swoich granic pozwala Ci naprawdę poczuć życie – tą chwilę, ten obraz i zapach, te emocje. Wychodząc ze swojej strefy komfortu wytyczonej między kanapą, telewizorem i lodówką zostajesz odkrywcą swojego prawdziwego JA. Coś co jeszcze wczoraj wydawało Ci się rozdziałem z książek Lema dziś jest tylko wspomnieniem … czy jeszcze w życiu coś odpierdzielę grubego czy nie UTM170 zostanie ze mną na zawsze – uczucie kruchości na trasie i niezniszczalności na mecie BEZCENNE.

Jeżeli dotarłeś w tej relacji do tego miejsca to GRATULUJĘ  – jestem pewien, że Ty też jesteś w stanie zrobić dokładnie to samo co ja – przebiec 173km po górach i mieć z tego niezły fun! Siła Twojego organizmu podparta upartą głową jest nieograniczona! Teraz jeśli możesz wstań i wyjdź przebiec minimum 1 kilometr – zaręczam, że zmieni Cię to na zawsze!

A co dalej u UltraDzika to już śledźcie na internetach – plany na przyszły rok są już takie, że NASA dzwoni i pyta co to za kosmiczna odyseja się szykuje w tej Polsce 😉 😉 😉


Łapcie klimat i szukajcie dzika 😉

Wszystkiego Wybieganego na dzisiejszy piękny dzionek !!!!
UltraDziku Majk!

 

OLL FOTOS
(foto by UltraDzik, Bastek, UTM, UltraZajonc, AdventureGlobe, Ital Car Team, Aleksander Hordziej, Paulina Bartosińska)

 

 

7 myśli nad “Odyseja dzikowa 173km

  1. Przeczytałem jednym tchem. Jesteście zajebisci. Biegam, ale jestem na etapie 80-90 km. W następnym roku utrata ultradziewidzctwa (100km+), a potem może jak Wy.
    Gratulacje i piszcie dalej takie story. Są świetne 💪💪💪

    1. RAFAL – teraz 90km a nim się zorientujesz będziesz gdzieś pośrodku pustyni w trakcie 250 kilometrowego biegu na orientację 😉 To jest jak epidemia – jak już się przyczepi tak rozprzestrzenia się niemiłosiernie – głowa do przodu na Twojej stówce i pamiętaj – cycki z przodu, dupa z tyłu i walisz PRZED SIEBIE !!!!!
      No i wpadaj do nas będę tu opisywał różne moje nowe harce biegowe i nie tylko 😉
      ENJOY !!!!

  2. Czekam na Asie pod gabinetem śledzia gdzie sympatyczny Marcin próbuje mi Ją naprawić. Ponownie przeczytałem sobie dziką odeseję i łzy radości i wzruszenia płyną do oczu. Pięknie to wariacie jeden skompilowałeś. Czy jeszcze z tobą podejmę próbę podniesienia poprzeczki? Nie wiem naprawdę jeszcze. Pewnie że nęci i kręci ale kurka rurka. ….

    1. Bastek … ja zapraszam ale nie naciskam – to musi być Twoja i tylko Twoja wewnętrzna decyzja i zarazem potrzeba – masz czas do października bo wtedy ruszają zapisy …. a jak się zdecydujesz to sobie zrobimy znowu mały epicki spacerek na Szczebel 😉

  3. Dotrwałem do końca, dozowałem zgodnie z zaleceniami. Super przygoda, relacja tak napisana, że można się poczuć jak na trasie – grzęznąc gdzieś w błocie, albo padać w pełnym słońcu.
    Gratulacje i powodzenia:)

    1. Kefir – i o to chodziło – przekazać choć odrobinę tego klimatu, który ma Cię wciągnąć niczym ultrasowe bagno – tak abyś po przeczytaniu tego już zapisywał się na jakieś swoje mega wyzwanie biegowe !!!! Do zobaczyska gdzieś na szlaku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *